Zamiana

Zamiana

Uczucia niepokoju nie przemijało. Nawiedzało nie rano i również nie wieczorem. Stopniowo - od łańcuszka wydarzeń - powoli wkradało się do jej duszy.
Od tych wydarzeń, które -jak promienie światła w kalejdoskopie - przechodzące przez krawędzie szkieł świecąc i odbijając od nich, tworzą różne obrazy.
Te wydarzenia niejednakowo wpływały na każdego mieszkańca olbrzymiego imperium.
Jedni, mając uszy i oczy, nie umieli widzieć i słyszeć. Jak ślimak - ukrywszy się w swojej skorupie, w wielopiętrowym betonowym bloku, z zapaskudzonym wspólnym podjazdem, jednoczącym dziesiątki takich ślimaków, oddzieliwszy się uniwersalną ścianką z płyty wiórowej i obowiązkowo ozdobiwszy kryształami półki, wierzyli w trwałość swoich otoczek.

Już od kilku dni Tania nie mogła znaleźć sobie miejsca. I nagle teraz, postanowiwszy właśnie wczoraj, wybłagawszy z trudem trzy dni zwolnienia z pracy, pożyczywszy pieniądze na podróż, przepchnąwszy się w ogromnej sali kas pociągów dalekobieżnych i kupiwszy bilet dopiero późnym wieczorem, jechała do miasta, w którym służyło w wojsku jej dziecko.
Koledzy w pracy uspokajali ją: -
- Wszystkich dzieci służą. Weźmy Pietrowną, jej synowie w Afganistanie i Bóg nad nimi czuwa. - Bierz przykład z niej.
- Tak, i twojemu dziecku już dziewiętnasty roczek przeleciał.
Wierę znała od pierwszych dni pracy po ukończeniu instytutu. Konstruktor Lońka nazwał ją "Ojczyzna Matka". Śmiech i natarczywość, pewność siebie; na zebraniach dawali jej do czytania jedynie słuszne - patriotyczne przemówienia.
To było... No tak, to już pół roku jak Wiera nawet nie uśmiechnie się. Stanie przy oknie, patrzy w dal i widzi daleką, obcą ziemię, góry i słyszy takie dziwne, niesłowiańskie nazwy.
Pewnego razu działacz partyjny sunął do niej z mową partyjną wydrukowaną na dwóch karteczkach. Wojskowa postawa, baretki na piersi - ściana nie do obejścia... Wierka podniosła tylko oczy i nie widząc poszła - prosto na ścianę!
Od tej pory działacz partyjny jej nie nachodzi.
To zdarzyło się po tym, kiedy kierownikowi laboratorium chemicznego przywieźli z Afganistanu syna.
Na pogrzebie była warta honorowa - czterech żołnierzy z automatami, młodziutki porucznik, a z nimi obywatel w cywilu.
Cynkowe ścianki stojącej na środku pokoju trumny odbijały chłodne światło.
Matka krzyczała histerycznie: - Syneczku! Nikoleńkaaa! Chcę go zobaczyć!
Sąsiad Wasyl wybiegi z pokoju i za minutkę powrócił z młotkiem i obcęgami.
- Pomóżcie! - Odwrócił się do grupy dzieci i dziewcząt, które jeszcze tak niedawno odprowadzały go do wojska, a w tym pokoju dźwięczały ich piosenki i śmiech, a teraz zakłopotanych od tego wszystkiego, co się wydarzyło.
- Nie wolno! - Srogo zabrzmiał głos tego w cywilu.
Załadowali na samochód i powieźli nie otwierając wieka cynkowej trumny.

Nareszcie w przedziale, za oknem, którego migały hałaśliwe stacje dużych miast, błyskawicznie przemykały ciche przystanki maleńkich wiosek. Uczucie niepokoju nie opuszczało jej ani na chwilę.

Pociąg dojechał do zabłoconego, zaśmieconego strzępami gazet i ogryzkami peronu, na którym młody Gruzin z owłosionymi, umięśnionymi rękoma zapaśnika wagi ciężkiej handlował pierogami z serem - haczapuriami, a niżej, kobieta w brudnej pomarańczowej kurtce, ze złotymi lokami włosów wymykającymi się spod białej chusteczki, czyściła kolejowe podkłady.
Przyjezdnych pasażerów było mało. Peron szybko opustoszał.

Tania z łatwością znalazła jednostkę wojskową, w której służył jej syn. W wartowni miał służbę wysoki, smukły żołnierz z długimi rękoma, bluza sterczała na nim jak worek z rzemykiem wiszącym w poprzek chudego ciała.
Długo kręcił korbką polowego telefonu.
- Tak, tak. Słucham. Proszą was - powiedział, podając Tani słuchawkę telefoniczną.
- Jesteście matką szeregowca Zielenicyna? - Zabrzmiał głos w słuchawce. - On jest teraz na posterunku! Żałuję, ale nie możemy zwolnić go z warty! Zabronione! Dlatego będziecie musieli poczekać. Do zakończenia służby nie powiadomimy go o waszym przyjeździe,
Zrobiwszy pauzę, powiedział nie wojskowym tonem:
- Wybaczcie, taki regulamin. Za chwilę będzie jechać autobus do miasteczka wojskowego. Spotkają was i pokażą gdzie możecie odpocząć.

Autobus jechał pewnie wąskimi uliczkami, po obu stronach rozciągały się jedno i dwupiętrowe domy z pompatycznymi fasadami, marmurowymi schodami i niszami - szaszabanami.
Fasady spoglądały na ulicę, jakby rywalizując między sobą w bogactwie i ważności gospodarza.
Za fasadami gnieździła się niegospodarność, skutek materialnych wydatków na fałszywą manię wielkości i braku myślenia, głównie w planowaniu i inżynierskim rozwiązaniu budownictwa mieszkaniowego.

Pejzaż ten uzupełniały czarne świnie, wypuszczone przez gospodarzy na zewnątrz, ryjące w bruku brudnej, niezadbanej drogi przelotowej.

Huk wyjących silników samolotu stawał się coraz głośniejszy. Po błękitnym niebie płynęły białe obłoki, zachodząc jeden na drugi rysowały dziwne obrazy. I nagle, nieoczekiwanie rozchodząc się, odsłaniały bezkresną przestrzeń niebieską, na której właśnie w tym momencie pojawiał się samolot.
- Chodźmy, pokażę, gdzie będziecie mogła odpocząć! - Zwrócił się do niej starszy podoficer, który wyszedł na spotkanie. Zamiast przywitania uniósł rękę do furażerki.
Szli po ścieżynce przecinającej trawnik.
- Oto stołówka, gdybyście chcieli coś zjeść - Nie odwracając się machnął ręką w stronę długiego budynku ze szklaną ścianą okien, kontynuując marsz w kierunku trzypiętrowego gmachu stojącego po drugiej stronie trawnika.
Ścieżka przecinała trawnik ze strumieniem, z którego sterczały resztki trzykołowego rowerka dziecięcego.
Holl odgrodzony był od korytarza szklanym witrażem. Na dwóch ścianach wisiały plansze z bojowym szlakiem dywizji i z fotografiami poległych w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej,
Okno wychodziło na podwórko, na środku którego bawiły się dzieci. Za piaskownicą, w głębi podwórza, stały przyrządy gimnastyczne. Wypolerowane do blasku krawędzie i belka poprzeczna świadczyły o tym, że ćwiczono na nich codziennie.
Pod planszą stała długa ławka z gąbkowymi poduszkami i wmontowanymi na końcach kwietnikami.
Poczuwszy zmęczenie Tania położyła się na ławce. Wokół panowała cisza. Zielone liście zwisały nad jej twarzą. Czerwone smużki światła ubarwiły pojedyncze listki z żyłkami, które jaskrawo wybijały się na tle błękitno-zielonej głębi, przetkanej wchodzącą w nią zielenią. I oto nagle, tak jak w dzieciństwie, Tania zobaczyła maleńkie okno w swoim pokoju, do którego zaglądały gałązki kwitnącej wiśni.
I ten zapach! Zapach zmieszany - kwitnącej akacji z bzem i berberysem, spływający późnym wieczorem z lesistych gór na lustrzaną gładź olbrzymiej rzeki.
Daleko, daleko kukała kukułka. Wplótł się trel słowika. I jakby za sprawą niewidzialnego dyrygenta, najpierw cicho, stopniowo przybierając na sile, doszedł przeciągły, miękki głos, który śpiewał o migających gwiazdach, o księżycu na niebie, o miłości, od której zamiera serce.
Tanię obudził klakson samochodu, amfibii, w której siedzieli kierowca i żołnierz z automatem.
Cos stuknęło za ścianą i obok, po korytarzu, przebiegli trzej chłopcy ubrani w letnie kombinezony.
Minutę później wskakiwali w biegu przez burtę pływającej amfibii wyjeżdżającej z podwórza.
Obłok błękitnego dymu rozpływał się powoli. Tania nie mogła już przebywać w tym pokoju. Wyszedłszy na podwórze zobaczyła długi zarys stołówki.
Wchodząc do wnętrza, od razu zauważyła Ninę, koleżankę z roku w instytucie. Siedziała przy stoliku przy oknie, pod dużym portretem. Na stole stały dwie tace z obiadem. Nina czekała na kogoś.
Zobaczywszy Tanie, Nina klasnęła w dłonie i krzyknęła:
- Boże mój! Czy to ty?! Ile to już lat! Ile zim! Nie spodziewałam się! Spotkać ciebie! I to tutaj! Przyjechaliśmy z mężem do syna. A ty? Co ty tutaj robisz?
- Ja także do syna. Służy w tej dywizji. Czekasz na Igora? - Zapytała Tania wskazując na tacę z obiadem.
- Och Taniusza! Wiele wody upłynęło od tamtych czasów! Och jak wiele! - Powiedziała Nina. - Mam drugiego męża. Jak ja starałam się zatrzymać Igora. Urodziłam syna, myślałam, że dziecko zatrzyma. Nic nie zatrzymało. Odszedł. To była dla mnie tragedia. U nas w rodzinie wszyscy stateczni. Nie było rozwodów.
Nina rozłożyła ręce, potrząsnęła głową odrzucając pasmo czarnych loków z wysokiego czoła i powiedziała:
- Moje nieudane małżeństwo naruszyło rodzinną tradycję. To słowa mojej babuni. A ty żyjesz z Sieriożą? Wy już wtedy żyliście ze sobą. Jak mąż i żona. - Żona?
- Żona nie ściana. Żonę można obejść. No i mnie obeszli - odpowiedziała szybko Tania. Uśmiech kącikiem warg wypadł wymuszenie.
Twarz od razu zrobiła się poważna.
- Wyszłam za mąż za drugiego. Urodziłam syna. A Sieriożki zapomnieć i tak nie mogłam - powiedziała Tania - Tak chciałam, żeby on, choć trochę był podobny do Sierioży. - Filozof - dodała niedbale. - Ręce w kieszenie i na każdy temat. - I parodiując powiedziała: - I na to jest kilka różnych odpowiedzi. Zależy, z jakiego punktu widzenia, a jeśli chcecie, zależy z jakiej pozycji będziemy rozpatrywać dany temat. Filozof! Sieriożą jest pewny we wszystkim. I odpowiedź zawsze jedna. I tylko tak, jak myśli.
Migający promień słońca oświetlił twarz Tani. Wypukłe czoło, trochę za szerokie, wystające kości policzkowe, spłaszczone szczęki zakończone pełnym gracji miękkim podbródkiem, pełne różowe wargi nadawały piękna jej twarzy. Piegów na policzkach i lekko zadartym nosie było w sam raz tyle, by nadać ciepły, brązowy odcień jej twarzy, na której kontrastowo wyróżniały się zielone kocie oczy. Nawet rude loki nie mogły ich przyćmić, a może właśnie dzięki nim i czarnemu kapeluszowi z szerokim rondem, nabierały szczególnego uroku.
- Filozof! Uczyłam! Uczyłam! Żeby, choć trochę był podobny do Sierioży. Cierpiał! Cierpiał!
Wykrzywiła usta jakby ugryzła cytrynę i powiedziała:
- A ja ścierpieć nie mogłam! Zrób pierogi, prosi mnie, a ja mu figę! - Pokazała figę, kręcąc ją w powietrzu. - Oto co, a nie pierogi! Ode mnie! Kiedyś przyjechały moje ciotki, pedagodzy. Popatrzyły na nasze wspólne życie i przy kolacji, przy nim tak powiadają: Tania, rozwiedź się. Twoja nienawiść do męża źle wpłynie na charakter dziecka. Widzimy, że ojciec nie zostawi Andriuszki. Będzie pomagał w jego wychowaniu. Też mi nauczyciele-psycholodzy!
Tania zrobiła pauzę, a po pauzie powiedziała: - A ja im odpowiedziałam: Ot co! A nie wychowywanie syna! - Znów pokazała figę, podnosząc rękę do góry i wymachując w powietrzu. Odchyliwszy się na oparcie krzesła powiedziała: - Odszedł. Razem z ciotkami. Wyszłam za mąż za drugiego. On usynowił Andriuszkę i dal mu nazwisko Zelenicyn. To ja go zmusiłam do działania, aby filozof nie próbował wtykać nosa.
- Nie żal ci go?
- Żal? Żal u pszczółki. Pszczółka odleciała i zabrała żal - odpowiedziała Tania.

Nagle, przymrużywszy oczy i pochyliwszy się do przodu, powiedziała:
- A mnie? Mnie żałował?! Sieriożka! Mnie! Żałował?! Oto i tak. A może byłoby lepiej gdybym codziennie wyładowywała na nim swoją krzywdę. A? Tak to tak. Tam, gdzie kończy się miłość, zaczyna się zdrada. A ja go, przy całej mojej złości, zdradzić nie mogłam! - Przedrzeźniając dodała: - Popatrz teraz na ten temat z innego punktu widzenia, z innej pozycji.
- Oj Ninula, znajdzie sobie babę i zapomni.
Tak jak gdyby wydarzyło się to dopiero wczoraj i dotyczyło Niny.
- No i jak? Twój Zelenicyn podobny do Sierioży? - Zapytała Nina. Po jej twarzy przemknął ironiczny uśmiech.
- Skądże! - Machnąwszy ręką, jak gdyby nie zauważając ironii i pragnąc przerwać rozmowę na ten temat. Tania powiedziała:
- Wielki znawca piwa. Śpi i pije. Śpi przy telewizorze, w gościnie śpi. Ożywić mimikę jego twarzy może tylko rozmowa o piwie. I jeśli śpię z innym, to nie jest to zdrada. Mówię mu: San Sanycz zaprosił mnie do restauracji. Wrócę późno. San Sanycz wykupił mi wczasy. Jadę z nim na dwa tygodnie do Batumi. Bez zazdrości! Przeżywania! Nie ma zdrady! Tak jak gdyby bezpłatny dodatek do rodziny. Może być, a może i nie być. Mama miała nas troje i wszystkich nas sama jedna postawiła na nogi. Wszyscy ukończyliśmy instytuty, otrzymaliśmy wykształcenie i wychowanie. Tak to tak.
Nina, odchyliwszy się na oparcie krzesła i skrzyżowawszy ręce na piersiach, powiedziała: - Moja babula mawiała: rodzina to siedem razy ja. Bez rodziny można otrzymać wykształcenie.
- A wychowanie?
- A co? Zelenicyn dorastał bez ojca?
- I bez matki. Wychowywał się w domu dziecka - powiedziała Tania.- Oj Taniusza, wiele wody upłynęło! A wydaje się, że dopiero co rodził się mój Artiomka. Potem szkoła, pierwsza klasa! Pierwszy dzwonek! Ile radości, jaka uroczystość! Morze kwiatów. Pierwsza klasa - pierwsze problemy. Im dalej, tym więcej. Wzywają mnie na radę pedagogiczną. To było na początku ósmej klasy. I mówią: Matko, wasz syn nie nadąża w matematyce. On nie ma zdolności. Nie zobaczy dziesiątej klasy. Przygotowujemy teraz grupkę do szkoły rzemieślniczej, tam przygotują go do zawodu. Zgadzacie się? Widzę, że nauczyciele mają rację! On nie wykazuje żadnego zainteresowania do zajęć w szkole. Zupełnie nie mogłam nim kierować. Mówią: okres dorastania. Wieczorem mąż wysłuchał wszystkiego w milczeniu, a na drugi dzień przyniósł rysunki techniczne modelu samolotu i tokarkę, taką maleńką, dziecięcą i mówi: Tak więc, wielmożny panie, sami opanujemy robotniczą specjalność i jeszcze nauczymy się czegokolwiek! Było to w sobotę. Zmagał się z rysunkami technicznymi, coś tam piłował, a mój synek w milczeniu bardzo wnikliwie obserwował, a potem sam wytoczył pierwszy detal. Model samolotu latał po pokoju, a wieczorem wisiał nad jego łóżkiem. W domu pojawiły się książki i podręczniki z fizyki, chemii i matematyki. Mieszkanie zamieniło się w filię oddziału fabrycznego z laboratorium i biurem konstrukcyjnym. Nawet stół kreślarski stal przy oknie. I oto pierwszy sukces! I to jeszcze jaki! Przyszła odpowiedź wraz z dyplomem za prawidłowe rozwiązanie konkursowego zadania z matematyki opublikowanego w gazecie przez Baumańską uczelnię -jeden z lepszych instytutów inżynierskich w świecie. A w szkole za sprawdzian z matematyki postawili troję. Do domu przyszedł zdenerwowany. Od kiedy to zacząłeś reagować na stopnie? Przecież to nie dwója - zdziwiłam się. - Rozwiązałem prawidłowo. Dlaczego postawili troję? - Twierdził uparcie. Nie pozostawało nic innego jak iść do szkoły we troje.
- On sam nie mógł rozwiązać tego sprawdzianu - powiedziała nauczycielka. - Widzieliście, że mu pomagano? - Zapytał mąż. - Ja wiem. Moi piątkowicze nie rozwiązali tego zadania. - Nauczycielka podeszła do tablicy i pomyślawszy powiedziała: No to teraz dam mu prostsze zadanie i zobaczycie sami, że mam rację. W dziesięć minut Artiomka rozwiązał zadanie. Kiedy nauczycielka odwróciła się do tablicy, na jej twarzy rysowało się zdziwienie. Milcząc wyszła z klasy i wróciła z dyrektorem.
- Matko, skompletowaliśmy już dwie dziewiąte klasy. Mamy taki plan... - My też mamy plan. Swój plan - powiedział mąż. A po upływie dwóch lat Artiom był studentem Baumańskiej wyższej uczelni.
- A czy z Baumańskiego biorą do wojska? - Spytała ze zdziwieniem Tania.
- Artiomka uczy się teraz w Moskwie, na drugim roku. Przyjechaliśmy do syna mojego męża - powiedziała Nina.
- I gdzie ty znalazłaś takiego męża - skarb? - Spytała Tania.
- Oj, Taniusza. W sklepie gospodarstwa domowego - śmiejąc się odpowiedziała Nina. - Patrzę, chłop obraca miotłę w ręku i nijak nie może wybrać. Z pięć minut go obserwowałam. Zaczęło mnie to śmieszyć. Wzięłam pierwszą lepszą miotłę i mówię: - W tej miotle zastosowano wytrzymałą technologię obróbki materiału, to znaczy prosa. Proszę zwrócić uwagę na ergonomię trzonka. A jaki rysunek linii, co za kształt! Taki współczesny profil będzie się dobrze komponował we wnętrzu waszego kawalerskiego mieszkania.
- A skąd wiecie, że jestem kawalerem? - Zdziwił się.
- Masz ci. To tajemnica zawodowa - powiedziałam, śmiejąc się.
- Szanowna pani, skoro rozszyfrowaliście moją tajemnicę, to czy mogę prosić o jeszcze jedną przysługę? Proszę mi wybaczyć. Moja mama smacznie gotowała, a mnie nie wychodzi ciasto. Mieszkam tu niedaleko. Tylko nie pomyślcie sobie nic z tych rzeczy. Przyjdźcie z mężem. - Taak? A z kochasiem mogę? - Zapytałam, śmiejąc się. - Na litość boską, będę bardzo rad - odpowiedział on. - Widzę, że chłop ma problem. Problem, i to nie tylko natury gospodarstwa domowego.

Daleko, daleko słychać było huk samolotu. Tania mogła swobodnie dostrzec w oknie przepływające po niebie obłoki. I razem z tym ruchem obłoków i dźwiękiem lecącego samolotu znów wróciło uczucie niepokoju. Narastało, ogarniając jej myśli i czucia, podpowiadało, że właśnie teraz, właśnie tu, przy tym oknie, nastąpi nieoczekiwane rozwiązanie.

Obłoki kłębią się. To już nie obłoki, ale obrazy przez niestworzone. Mają fakturę i materialność. Głos Niny oddalał się gdzieś daleko, daleko. I oto obłoki stworzyły dziwny obraz istoty z mgliście świecącymi bielmem.
Ich ruch zatrzymał się, tylko powieki uchyliły się nieco i cienki strumień światła, skierowany z obłoków przez tę istotę legł w poprzek sali. Powoli zaczął się rozszerzać, wychwytując tysiące wirujących w nich pyłków.

Dwie sylwetki zaczęły się jakby ukazywać w tym promieniu. Zarys sylwetek stawał się coraz wyraźniejszy i wyrzeźbiony. W wojskowym mundurze, długa szyja, którą przekreślała różowa blizna kończąca się na strzaskanej kości policzkowej, dziecięce pulchne wargi, białe niteczki w ciemnych włosach i stopień majora były nienaturalne, zważywszy jego młody wiek.
Druga postać, przygarbiona, szła trochę z tylu. Było w niej coś znajomego.
Wpatrzywszy się wnikliwie. Tania rozpoznała w twarzy z głębokimi bruzdami byłego męża, ojca Andriuszki! Ileż to lat minęło od tego czasu! Mój Boże!
- Taniusza, poznajcie się, to mój mąż!
- Z daleka dźwięczal glos Niny. Podszedł do stołu wyjął rękę z kieszeni i milcząc, nie spuszczając oczu z Tani, wziął szklankę i osunął się na krzesło.
- Jesteście matką Zelenicyna? - Zwrócił się do niej major. - Wasz syn, z powodu alarmu, został przeniesiony do innej jednostki. Teraz będzie podlegał mnie. Nie będę przed wami ukrywał, to jest centrum przygotowawcze. Za półtora miesiąca będziemy w Afganistanie. - Spojrzał na zegarek i powiedział: - Właśnie w tej chwili startuje samolot z pierwszą grupą uzupełniającą. Wasz syn jest w tej grupie.
Gdzieś daleko, daleko, nabierając obrotów, zawyły silniki.

Tani zaparło dech w piersiach. Nie wiadomo, dlaczego umilkły dźwięki. Otaczała ją jakaś dziwna dzwoniąca cisza.
Dlaczego Andriuszka? Dlaczego jej dziecko? Kto tak mógł postąpić? A więc to tak! We wnętrzu narastała złość. Wzrok przemknął po portrecie prezydenta stojącego w wojskowym mundurze. Zamiast twarzy - pustka! Tylko zwisająca podwójna broda i pewność, straszna pewność siebie w pozie pustego munduru z wiszącymi na nim gwiazdami bohatera.

A oto i twarz ojca Andriuszki! Ból i żal w oczach spoglądających na nią. Cała złość, która ją opanowała, wybuchła teraz - pochyliwszy się ostro do przodu, oparłszy się piersią o brzeg stołu, wczepiwszy się weń obydwoma rękami, przymrużywszy oczy i wstrzymując oddech, rzuciła byłemu mężowi prosto w twarz:
- Ty! Ty gadzino! Cudzego! Cudze dziecko uratowałeś! - I tracąc oddech: - Cudze!
Zadźwięczało szkło. Krople krwi spływały pomiędzy jego palcami ściskającymi kawałki szkła.
Twarz Niny wydłużyła się ze zdziwienia. Półotwarte usta. Ręka mimo woli wskazywała to na Tanie, to na męża. Całe zajście powoli dochodziło do jej świadomości.
Spoza ramy, w okno wpełzał powoli metaliczny kadłub samolotu, wciągający w siebie koła.
Powoli przekręcił się na bok, spoglądając okrągłymi iluminatorami. Tak! To to! To niewidoczne coś nieustępliwie żyło w niej we śnie i na jawie. Nastąpiło i rozdeptało jej duszę.
Upadła na stół, rozrzucając rude włosy.
I zobaczyła siebie, leżącą piersiami na stole. Obnażone i zaokrąglone opalone ramię przecięte białym ramiączkiem halki.
I krople krwi ściekające na stół, które tworzyły dziwny, rozwijający płatki, krwawy kwiatek.
I portret prezydenta z wyciągniętymi wzdłuż munduru bohatera rękoma.
I Sieriożkę! Swojego Sieriożkę! Stojącego także z wyciągniętymi rękoma - na baczność! Pewnego siebie!
Właśnie taki jej się podobał. I takiego kochała!
Nieoczekiwanie przypomniała się jej daleka, daleka czwarta klasa i kosmaty chłopczyk stojący przy tablicy, który pierwszy raz zjawił się w ich szkole. Nauczycielka historii, popatrzywszy na niego znad okularów, powiedziała: - Wyjmij ręce z kieszeni! - Za chwilę jego ręce znów były w kieszeniach. Ona spojrzawszy na niego, rzuciła prorocze zdanie: - Źle skończysz ze swoim nieposłuszeństwem.
Dostał trzy lata. Gdy był studentem instytutu napisał referat na temat: Odróżniające cechy socjalizmu i kapitalizmu. Referat bardzo szybko trafił do jednej "poważnej" organizacji, do której go wezwano. I być może wszystko by się rozeszło. Ale niestety ręce! Ręce, niezależne, były w kieszeniach. W jego pozie nie było pokory.
Cicho, bezdźwięcznie metaliczny kadłub wypełnił otwór okienny, odbijając chłodnym światłem. Przemknęła kabina z trzema chłopcami - pilotami w letnich kombinezonach i zaczęła rozpływać się w obłokach. A za nią wpełzały i tonęły w obłokach iluminatory z twarzami dzieci - o wystających kościach policzkowych i podłużne, ciemnowłose i blond - różne, ale wszystkie miały oczy jej dziecka - oczy Andriuszki.
I z jej, ledwie poruszających się wart, wyrwało się: - Andriuuuszeńka, wybacz mi głupiej!

Walentyn Efde,
Gdańsk 1998r.
(ilustracje autora)

Opracowanie chronione prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Autor dziękuje za pomoc w tłumaczeniu opowiadania i przygotowania do druku: Lidii Oleśniewicz, Galinie Fomiczowej, Maciejowi Geysztorowi i Zbigniewowi M. Jankowskiemu.

     
           
  © Copyright 1998-2013 Valentin Efde | Developed by Anisim    
       
     
 

Pracownia projektowa