Stieńka Razin

Dźwięk struny, jak błyskawica, wdarł się w przestrzeń. Palce Jaszy przebiegły po strunach, a melodia, połączywszy się z pierwszym dźwiękiem, stopniowo rozpływała się w tej przestrzeni skutej ścianami i sufitem wspartym na kolumnach... wszystko zamarło. Z ciszy, z daleka, nabierając siły rodziła się melodia. Wszystko w tej sali złączyło się - dźwięk, płaszczyzna, linia - zrodziła się ozdobiona melodią forma, która poruszyła salę. Płaszczyzny, linie i dźwięk nabrały nowego znaczenia i oto spod białego tynku ściany widać już carskie stroje szyte złotymi nićmi, wina lejące się w srebrne puchary, dziewoje płynące jak łabędzie. Wszystko w srebrze i złocie. Trwa uczta. Ucztuje car Iwan Groźny z bojarami i nową żoną.

A w Aleksandrowskiej osadzie, mistrz opętany marzeniem o lataniu jak ptak, wspiąwszy się na dzwonnicę, widzi rozciągające się do samego Murama lasy z jeziorami i rzekami, a w lasach Kryształową Gęś, Czerwoną Garbatkę i Czerwoną Usznę. Widzi złote kopuły cerkwi. W miastach tych mistrzowie w wydmuchiwaniu szkła, wśród żartów i przegaduszek, wydmuchują z rozżarzonych i ociekających ognistych kul karafki z bajecznymi kogutami wewnątrz. Pod dłutami rzeźbiarzy ożywają bajeczne ornamenty z ptakami, liśćmi i kwiatami ozdabiające maleńkie okna na wielkich zrębach domów. Ozdabiają one i chronią zarazem mieszkańców swoim cudownym niepowtarzalnym urokiem.

Jasza trąca strunę... dźwięczy melodia rzucając w przestrzeń kolor i linie. Spod tynku, na czarnym tle, spoglądają ogromne obłąkane oczy-kule wstawione wczerep oszalałego Iwana Groźnego.
Car Iwan Groźny próbuje kościstymi, ociekającymi krwią falangami podtrzymać osuwające się ciało syna Iwana.

Dźwięczy melodia... ucztują bojarzy... leje się wino w srebrne puchary...

Wzbił się tuman kurzu spod kół carskiej karety spuszczonej, z woli cara, ze zbocza do rzeki Szarej.

Stieńka Razin

W zamykającym się nad krasawicą - wczorajszą żoną Iwana Groźnego - lustrze wody zastygły odwrócone kopułami w dół dachy monastyrów wraz z drzewami i dzwonnicą Aleksandrowskiej osady.

Rozpostarłszy skrzydła skoczył mistrz z dzwonnicy Aleksandrowskiej osady i poczuł lot ptaka. Potem, później będzie inny mistrz, który będzie marzył o locie człowieka na inne planety, puszczając ogniste rakiety w mieście zbudowanym z drewna. A człowiek, postawiwszy stopę na innej planecie, nazwie krater na tej planecie imieniem jeszcze innego mistrza, którego matematyczne obliczenia wykorzystał aby dotrzeć do tej planety.

Głos Jaszy dopełnia melodię... I nagle zaczyna górować nad nią i wtedy słowa poezji, jej treść, przenikają głęboko w serce.
Dźwięczą struny... gitara płacze w dłoniach Jaszy... słowa kładą się na serce.

Klonie mój bezlistny, klonie oszroniony,
Czemu pod śnieżycą stoisz pochylony?
Co tam zobaczyłeś? Co tam usłyszałeś?
Jakbyś powędrował na przechadzkę za wieś.
I jak stróż pijany, idąc sobie drogą,
Utonąłeś w zaspie, z przymarzniętą nogą.
Ach, i ja dziś czuję chwiejność i obawę,
Nie wrócę do domu z przyjacielskiej wstawy...

Zmienia się melodia... gitara płacze... żal spotkań, a rozstań coraz więcej...

Rozgawędziła się gęstwina złota
Brzozowo-szumnym wesołym językiem.
Żurawie, ważąc się w smutnych przelotach
Już nam dalekie, nie tęsknią po nikim...

Nie zwęgli żar jarzębinowych kiści
I trawa zżółkła w ogniu tym nie spłonie..
Jak drzewo gasnąć roni cicho liście,
Tak ja na wietrze słowa smutne ronię.

Płyną smutne słowa. Płacze gitara. Palce Jaszy raz pieszczą czule struny, to znów targają brutalnie. A wtedy muzyka i słowa wnikają głęboko w duszę, na przemian głaszcząc ją i bezlitośnie rozrywając. Jęczy gitara.

Chłopak siedzący przy sąsiednim stoliku objął żylastymi dłońmi swoją rudą głowę. Widzi ten wieczór, jeden z dziesięciu niewykorzystanych dni urlopu, który otrzymał za czujność na warcie... kiedy to, przyparty ścianą lasu do kolczastego drutu, chodził wokół posterunku numer dwa, świadomie zmieniał kierunek, nagle i niespodziewanie idąc w drugą stronę. Nieoczekiwany zwrot! I oto... On! Wprost przed nim! Z rozpostartymi rękoma idzie jak po Piterskiej z uśmiechem najlepszego przyjaciela. W mgnieniu oka przeleciały mu przez myśl setki możliwych wariantów. Stój! Mimo że nie ten był niebezpieczny w tej sekundzie. Nagle, jakimś instynktem, wyczuł na sobie łapczywe spojrzenie z prawej strony, zza krzaka, który właśnie minął, nie wyczuwając jeszcze wtedy niebezpieczeństwa. Nie odwracając się i nie spuszczając zwroku z oczu idącego na niego, prawą ręką skierował lufę kałasznikowa do tyłu w dół i nacisnął spust...

Dziesięć dni, dziesięć wieczorów z Lusią...

...w wieczornym świetle lamp widać było na pierwszym piętrze jej okno oplecione winną latoroślą. Nagle dźwięk bębenka dobiegł z podwórza domu jego szkolnego kolegi. Skręciwszy w zaułek zobaczył na oświetlonej jaskrawym światłem latarni murawie długi weselny stół. Za stołem siedzieli krewni Lońki i jego daleki powinowaty ze zwisającymi długimi wąsami na wydłużonej twarzy i z wielką grdyką na żylastej długiej szyi. W dłoni z wyprostowanym małym palcem trzymał kieliszek i krzyczał głośniej od wszystkich: - Goorz-koo!

Wśród białych gladioli, w białej sukience, stała panna młoda - Lusia.

Umilkła gitara. Brzmiała ciszą pauza. Umiał Jasza tworzyć pauzy. Wyczuwał długość ciszy, która była jak czysta płaszczyzna, na której rodzi się forma w całej swej sile koloru światła i cienia. Była w sam raz i zmuszała do jeszcze bardziej plastycznego kształtowania formy na niej rozłożonej. Zastygły palce Jaszy, wyczuwając trwanie ciszy.
Z oddali, ledwie ledwie, słychać było pluskanie fali. W dźwięk ten wplątują się głosy, coraz bliżej i bliżej.

-Hej że barkę, ale razem! Hej, sama pójdzie! Pociągniem! Pociągniem!
Słychać skrzypienie drewnianej barki...
Stienia zgarbił się cały, czując, że właśnie teraz zabrzmi melodia, a za nią słowa tej pieśni, która była mu tak bliska jak nikomu innemu, jako że on także Razin - Stieńka Razin.
I oto ona! Po tamtej smutnej melodii ze smutnymi słowami, pod rękę z jękiem, który trwa nad rzeką, nagle zabrzmiała swoją mocą. Wzleciał sufit! Rozstąpiły się kolumny! I... I wypłynęły wprost w nurt rzeki ostrodziobe, malowane...

Stienia bez opamiętania oddał się tańcowi. To nie był zwykły taniec, to był taniec rytualny, któremu poddają się mężczyźni z plemienia narysowawszy bizona. Wypracowują każde drgnienie swych mięśni, podkreślając je zamachem oszczepu. A wszystko to dzieje się przed trudnym i niebezpiecznym polowaniem. Było w tym tańcu i wiosłowanie i machanie szabelką. Wszystko prawdziwe, jako że Stienia od dziecka chodził do sportowej sekcji. Krąży Stienia w rytualnym tańcu.

Student zmrużył oczy, pochylił nieco głowę i wodził wzrokiem za tańczącym Stienią. Chciał coś powiedzieć, ale po namyśle opuścił tylko jeszcze niżej głowę.
Grzmiała muzyka, rąbał szabelką Stienia.
Nagle student uniósł gwałtownie głowę i rzekł oddzielając zgłoski:
-Stie-nia, a prze-cież Ra-zin to roz-bój-nik!

Stienia jakby potknął się, złapał za oparcie krzesła i zamarł.
-Razin to rozbójnik - jak echo brzmiały słowa w uszach Stieni, który opadł ciężko na krzesło.
-Razin stanął na czele tych, którzy wałkonili się i pili, a wypiwszy zbierali się w bandy i napadali by zdobyć jedzenie i ubranie. Najpierw napadali na Turka, a kiedy car zamknął wojskiem dostęp do Turcji, Stieńka Razin powiódł ich na kupców i przemysłowców.

Stienia próbował zaprzeczać. Ale student, patrząc na Stienię, czytał w jego myślach, przechwytywał je i raniąc głęboko uczucia Stieni perorował dalej:
-Stieńka Razin, posiadając ogromną siłę fizyczną i nieokiełznany charakter, ścinał głowy z karków za jedno złe spojrzenie.

Takiego atamana mogli sobie wybrać -tylko analfabeci i pijacy, których doprowadzały do strachu jego siła fizyczna i bezkarność poczynań. Takiego atamana wybierają sobie ludzie trzymani na siłę w głodzie. Wystarczy wtedy byle krętaczowi rzucić- hasło, że to on będzie bił się o ich dobrobyt i już będzie ich atamanem. Dwa lata głodu i człowiek zagłosuje na każdego atamana. Dlatego właśnie wszystkie sztuczne głodowania trwały zawsze dwa lata.
Nagle, nieoczekiwanie i ostro rzucił pytanie:
-Stienia, a dlaczego utopił księżnę?!

Wszystko w sali zamarło. Student, pochyliwszy głowę i zmrużywszy oczy, zadał to pytanie tak, jakby to tutaj, w tej chwili popełniono przestępstwo, a winnym jest Stienia siedzący przy tym stoliku.
W głowie Stieni zaczęła układać się odpowiedź, która wypływała z pieśni. Te słowa były odpowiedzią. Ale student czytał w jego myślach. Splótłszy ręce na piersiach, odchyliwszy się na krześle, przymrużył śmiejące się oczy, pochylił nieco głowę i powiedział:
-Stienieczka, nie było i nie mogło być żadnego utyskiwania, każdy grabił to, co chciał.
I znowu student smagał pytaniami, które głęboko raniły Stienię:
-Czym księżna ciemiężyła Kozaków? Dlaczego Kozacy utopili księżnę?

Silny Stienia, który skacząc ze spadochronem miał tyle silnej woli, że otwierał go w ostatniej chwili, tuż nad ziemią; Stienia, który miał pierwszą kategorię w żołnierskich zapasach; Stienia, który sam mógł obronić słabszego - siedział teraz zagubiony ze zwisającymi rękoma. A student tylko pochylił jeszcze bardziej głowę i ze zmrużonymi oczyma zadawał ciosy, jeden po drugim i nie było sposobu, aby się zasłonić.
Boria siedział z napiętymi mięśniami i zaciśniętymi pięściami. Rumieniec zalał mu szyję i barwił już policzki. Widział całą niemoc Stieni i w tej chwili głęboko nienawidził studenta.
I nagle przypomniał sobie ten wieczór, kiedy to szedł z Wareńką do kina i on Boria , przedstawiwszy Wareńce studenta, zaprosił go na film. Po seansie, kiedy szli chodnikiem, rozprawiającego Borię nieoczekiwanie zatrzymały słowa studenta:
-Boria, a ty teraz dokąd?
Boria zastygł w niedowierzaniu. Jak to dokąd? Przecież to zrozumiałe, że teraz spotkają się z chłopakami i dziewczynami i całą gromadą pójdą ulicą Wiśniową, potem przejdą Gruszową, skręcą w Winogronową i wyjdą na uśpiony brzeg rzeki, zostawiając po prawej stronie wąskie pasmo zatoki wciśniętej pomiędzy urwiste brzegi. I zobaczą tę tajemniczość odwróconego obrazu nieba z księżycem i gwiazdami leżącymi u stóp. Dziewczyny odejdą na stronę, zdejmą kretonowe sukienki, a chłopcy także rozbiorą się do naga i wskoczą wszyscy do tej ciepłej, rozgrzanej podczas upalnego dnia otchłani i będą płynąć i płynąć po księżycowej ścieżce. A potem, odziawszy się w suche ubrania, będą chodzić po śpiących ulicach aż do pierwszego piania koguta na odległym prawym brzegu rzeki.
Przecież to zrozumiałe. W końcu to Boria, już od dwóch tygodni, spacerował co wieczór z Wareńką.

Stieńka Razin

Waria spojrzała na zakłopotanego Borię i zaśmiała się.
-Boria, a my z Warią tędy - powiedział student, zmrużywszy uśmiechające się oczy. Pochylił głowę, wziął pod rękę Warię i uprowadził ją od osłupiałego Borii.
-To gdzie ty się, w końcu, uczysz, student? - oprzytomniawszy zapytał Tola.
W ciszy, z naciskiem, cedząc słowa przez zęby, Boria powiedział:
-On, sukinsyn, uczy się w Stambule! - i nie wstając z krzesła Boria walnął pięścią w przymrużone uśmiechające się oczy studenta. Zerwał się, odrzucił gwałtownie spod siebie krzesło i przy dźwięku rozlatującej się szyby uderzył całym ciałem. Student zrobił mały unik, przepuścił zmierzająca w jego stronę pięść i sam uderzył z dołu krótkim sierpowym. Trafił także. Chwycił Borię za rękę i obrócił go plecami do siebie. Ciężko byłoby Borii gdyby nie ten litr mleka od miejscowych krów wypijany codziennie od samego dzieciństwa.
-Chłopi! Ej wy! Ochujeliście... czy co! Zaraz wezwę milicję - krzyknęła groźnie Wala.

Milicja w osobie dzielnicowego Mitrofanycza już obserwowała zajście, odszedłszy w cień i chowając ogienek papierosa. Mitrofanycz był zasłużonym milicjantem-profesjonalistą, więc jako profesjonaliście nie wypadało mu zjawić się w trakcie draki. Mitrofanycz wyczekiwał tego momentu, kiedy będzie można i trzeba będzie, poprawiwszy milicyjną furażerkę, stanąć na pierwszym planie zdarzenia.
Nagle, przez rozbite okno, z głośnika wiszącego na słupie, za którym chował się dzielnicowy Mitrofanycz, do środka wpadła melodia w wykonaniu sławnego chóru Aleksandrowa. Ta słynna melodia, która była tak bliska Stieni.
Zakołysały się na falach ostrodziobe, malowane. A na nich, po nocnej pijatyce, Kozacy. Z łodzi wychodzi Kozak, a z nim jeszcze dwaj i prosto do Stieni. Ciarki przeleciały Stieni po plecach.
-Patrzcie! Przecież to dzielnicowy Mitrofanycz, a z nim dwaj posterunkowi - uradował się Stienia.
Mitrofanycz podszedł do stołu, po gospodarsku odsunął złociste wczoraj pierogi i usiadł na krześle, gdzie siedział Jasza.
-A gdzie Jasza? - ze zdziwieniem zapytał chłopak o wystających kościach policzkowych z wąskimi mongolskimi oczyma.
-Jaki Jasza? - z takim samym zdziwieniem spytał Mitrofanycz.
-Jasza z gitarą. Dopiero co siedział tu gdzie wy, na tym krześle - i chłopak zaczął zaglądać -pod stół.
-Ja już piętnaście minut obserwuję ten Bałagan i żadnego Jaszy nie widziałem i gitary także nie widziałem - rzekł Mitrofanycz.
-A to co takiego? Tutaj i teraz siedział Jasza, grał na gitarze, a Stienia pląsał z Kozakami - powiedział z wyraźnym zaniepokojeniem chłopak.
Mitrofanycz uważnie zajrzał w szczeliny oczu chłopaka o wystających kościach policzkowych i wypowiedział słowa Kławiny, które tak były znane Stieni:
-Pić -trze - ba mniej.
-Ale myśmy z nimi nie pili, a jednak sami widzieliśmy jak szli burłacy brzegiem Wołgi i słychać -było ich jęk. Widzieliśmy jak Kozacy pląsali ze Stienią i jak toczyła się z urwiska do rzeki Szarej kareta z Iwanowską krasawicą, wczorajszą żoną Iwana Groźnego. Widzieliśmy i słyszeli. Słyszeli i widzieli...

Tola trzymając w jednej ręce butelkę, po której szlizgał się policzkiem i patrzył jednym szeroko rozwartym okiem, jako że drugie jeszcze spało, przez niedopitą gorącą zawartość butelki prosto na milicjanta, którego spytał bełkotliwie:
-To gdzie ty się u-czysz, stu-dent?
Dzielnicowy odłożył długopis i wzrokiem hipnotyzera przewiercił to oko Toli, jednakże zawartość butelki neutralizowała jego milicyjną magiczną siłę. Odwróciwszy się do posterunkowych, Mitrofanycz powiedział:
-Motocykl z przyczepą i na wytrzeźwiałkę.
Ostanie słowo w mgnieniu oka otrzeźwiło Tolę i wyraźnie powiedział:
-Na motorze nie pojadę.
-A to dlaczego? - zdziwił się Mitrofanycz.
-Dziewczyny zobaczą - odparł Tola.
Odpowiedź ta zmusiła dzielnicowego milicjanta Mitrofanycza do zastanowienia.
-Wezwijcie milicyjny gazik.
-Towarzyszu dzielnicowy, towarzyszu Mitrofanycz, nie wolno Toli do wytrzeźwiałki! - powiedział błagalnie Stienia.
-A dlaczego nie wolno?
-Zbliża się wielkie święto i sporo ideologicznej pracy - hasła na dzień urodzin Włodzimierza Iljicza - odparł Stienia.
I tu Tola znowu stracił wyrazistość mowy i zaczął powtarzać o sobie, nie wiadomo czemu, w trzeciej osobie.
-Nie wolno Toli do wytrzeźwiałki. On i-de-o-lo-gicz-ny pracownik.
-Razin, na twoją odpowiedzialność -, zabieraj go i żeby tu nawet jego ducha nie było. A wam, studenci, zagospodaruję po piętnaście dób.
Boria, patrząc na studenta, powiedział cicho:
-Student, jutrzejszy ślub to fru... fru...
Student, pochyliwszy głowę i zmrużywszy uśmiechające się oczy z sińcem koło prawego, powiedział:
-Boria, zapraszamy cię z Warią na ślub za piętnaście dni. Przyjdź.

Walentyn Efde,
Gdańsk 1999-2000r.
(ilustracje autora)

Opracowanie chronione prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.

Tłumaczenie: Anna L. Fomiczow
i Zbigniew M. Jankowski.

Strona: [1] [2]

     
           
  © Copyright 1998-2013 Valentin Efde | Developed by Anisim    
       
     
 

Pracownia projektowa