Stieńka Razin

Pewnego dnia, wiele lat temu, wchodząc do ogólnodostępnej stołówki zobaczyłem coś i usłyszałem. I właśnie o tym, co usłyszałem i zobaczyłem, opowiem wam, nie zmieniając imion i nazwisk.

Spoza wyspy, wprost w nurt rzeki,
Na olbrzymią przestrzeń fal
Wypływają malowane
Ostrodziobe Czółna...


Pieśń o Stieńce Razinie.

Wiktoru F.

Ciemnosinym i gęstym całunem nakryła noc przeciwległy brzeg zatoki z jego polami, na których rosły arbuzy, różnej wielkości - od małych jak śliwki po olbrzymie jak serce byka - pomidory i ogórki chowające pod cieniem własnych liści swoje fallusy z delikatnymi kolcami. W gęstości nocy znikły uchodzące aż pod niebieski horyzont jaskrawożółte słoneczniki.

Noc przepełzła przez zatokę zamazawszy kontury przycumowanych łodzi obramowanych zwierciadłem wody. Przykryła sady i winnice z zatopionymi w nich maleńkimi domkami zbudowanymi zgodnie z podlegającym kontroli partyjnej projektem, który nie zezwalał ani na metr szerzej czy wyżej.

Ostatni promyk słońca zamarł w oknach ostatniego piętra ogromnego betonowego bloku mieszkalnego i rozpalił niby ogień na tle nadchodzącej ciemności nocy.

Ze skweru dochodził odgłos grających w domino. Obok wolnostojącego jednopiętrowego budynku gromadzili się amatorzy składkowego. U góry, nad oknami budynku, był wielki napis: STOŁÓWKA OGÓLNODOSTĘPNA, zaś na drzwiach, wewnątrz, od strony korytarza wisiała skromna tabliczka w postaci małego kwadratowego kartonika polecająca konsumentowi po godzinie dwudziestej stołówkę jako restaurację. Mimo to po wyznaczonej godzinie i później był to ten sam stołówkowy wystrój z kwadratowymi stolikami na cienkich metalowych nóżkach pomalowanych na czarno, stojącymi pod wysokimi witrażami w głuchej białej ścianie, na której przez krótki czas były malowidła. Przejeżdżający przypadkowo zagraniczni turyści fotografowali je w całości i fragmentami wraz z nędznym bufetem, który przetrwał, a w którym były, jeśli przetrwały do wieczora, zimne dania.
-Patrz, student!
-Wchodzisz na trzeciego? - zapytał Stieńka Razin i wskazując na chłopaka o okrągłej twarzy, powiedział: - Borii nie wolno. Siada za kierownicę.
-Mnie też nie wolno - odparł student.
-Chory, czy co? - zapytał Tola, artysta malarz, ostrzyżony na pałę, z grubymi szkłami okularów w masywnej rogowej oprawie, przez które patrzył zawsze niezauważającym wzrokiem.
-Uprawiam sport - odrzekł student.
-Student, a gdzie ty uprawiasz? - dopytywał się Tola, patrząc gdzieś w dal.
-Na Uniwersytecie Moskiewskim.
-Znowu zdałeś egzaminy jak ekstern? Śpieszyłeś się do niej? - zapytał Boria.

Student przechyliwszy na bok głowę, patrząc na Borię zmrużonymi oczyma, odpowiedział z uśmiechem:

-Do Warii. Jutro idziemy do USC - i zapytał - A ty , Tola skończyłeś malowidła w stołówce?
-Teraz malowidła można zobaczyć- tylko na zdjęciach w KGB, a o zezwolenie na ich oglądanie poproś Błażisa - zamiast Toli odpowiedział Stienia Razin.

Stienia już teraz widział siebie rankiem następnego dnia z pochmurną gębą, z łupiącym łbem i obrzydliwymi mdłościami. Wysłuchawszy w milczeniu łajań Kławy, po przyjściu do pracy będzie kręcił się wokół plansz, pośród skrawków szablonów, plącząc się i przewracając słoiki z farbami i powtarzając sobie pod nosem jej mądre, w swej prostocie, słowa:
-Pić trze-ba mniej! Mniej trze-ba pić!
-Tola, może dzisiaj też nie będziemy pili?
-Niepewnie spytał Stienia.

Tola, patrząc gdzieś obok Stieni, splunął w milczeniu. Za tym milczącym zignorowaniem kryła się myśl: - Ty przecież Razin! Stieńka Razin! Jak mogłeś tak powiedzieć?

Stienia od dzieciństwa żył z imieniem bohatera Stieńki Razina, starał się być podobnym do niego. Wystarczyło tylko powiedzieć: - Stienia, przecież ty Razin - Stieńka Razin - a Stienia starał się być godnym tego imienia. Później, w wojsku na wieczornej zbiórce, każdego wieczoru, kiedy dowódca wywoływał go po nazwisku - Razin! - cały dwuszereg zamierał, a Stienia występował krok do przodu i z godnością wypowiadał - Jest! A kiedy po raz pierwszy w samolocie z otwartym lukiem przelatywali wysoko, wysoko nad równymi kwadratami pól przeciętymi cienką i krętą jak żmija rzeką i instruktor krzyknął - Razin! Przygotować się! Poszedł! - Stienia nie mógł nie zrobić kroku w otchłań, przecież był Stieńką Razinem.

Nagle, nieoczekiwanie pojawił się Jasza z gitarą. Zawsze pojawiał się nagle, jak powiew wiatru w martwej ciszy. Bo oto wszystko zamarło, nic się nie chwieje, a gdy nagle poruszą się trącone liście, to wnet znowu wszystko zamiera.
-Jasza - przedstawił się studentowi wyciągając rękę i mrużąc półślepe oczy.
Uśmiechnął się cienkimi wargami ukazując rzadkie brzydkie zęby. Z powodu zawsze przymrużonych oczu i przylepionego uśmiechu cała jego twarz była pocięta zmarszczkami, a owinięta była poplątanymi i sterczącymi w różne strony kłaczkami dawno niemytych włosów. Przedstawiwszy się, dodał niespodziewanie - Mistrz szachowy.
Jednak Jasza posiadał jeszcze jedną zaletę - pisał wiersze i śpiewał pieśni. On urodził się z tym i bez tego nie byłoby Jaszy.

W repertuarze Jaszy była pieśń bardzo bliska Stieni, której zawsze był gotów słuchać - to pieśń o bohaterze Razinie, który wszedł do historii, a nazwisko jego, już od pierwszej klasy, znało wielu na dość sporym terytorium planety mówiącej wieloma językami. Pisano o nim książki i dźwięczała muzyka napisana przez cenionych kompozytorów. Imię bohatera Stieńki Razina wysławiano zarówno w prozie jak i w poezji. Któż nie zna Stieńki Razina? Stieńka Razin, posiadając ogromną siłę fizyczną i wiarę w siebie, bronił pokrzywdzonych i uciemiężonych i poprowadził ich do boju.

Jasza, chodź z nami, właśnie organizuję wino - powiedział Stienia.

Jasza pił tylko wino, dobre wino.

-Bardzo dobre wino ma staruszek, który mieszka na rogu Gruszowej -rzekł Tola i krzyknął za oddalającym się Stienią - Niech ci da z piwnicy! Ma tam wyśmienite wino!

Tola zawsze wiedział gdzie znaleźć dobre wino lub inne mocniejsze napitki domowego wyrobu. Wystarczyło mu przejść się po nieznanej mu ulicy i już, jemu tylko znanym wyczuciem, mógł wskazać w którym domu one się znajdują.

-Walusza, butelkę wódki i zagrychę-zwrócił się Stienia do stojącej za kontuarem kelnerki w białym fartuchu, z blond włosami wciśniętymi pod białą czapkę sterczącą na czubku głowy.
Na zielonym plastykowym blacie stołu obramowanym aluminiowym paskiem Wala postawiła brązową tacę ze złocistymi pierogami i kiszonymi ogórkami.
-Znowu wczorajsze -powiedział z niezadowoleniem Stienia -tymi pierogami można grać w ping ponga. Swojego Wasię karmisz takimi pierogami, że palce lizać. Częstował mnie. Tak go karmisz, że z pewnością śpi całą noc jak suseł.
-Przecież tamte pierożki domowe, a te są ze stołówki. A o Wasię, Stienieczka, ty się nie martw, kiedy będzie mi potrzebny, to go obudzę.

Oparłszy się łokciami o blat stolika i podparłszy dłońmi podbródek, Wala pochyliła się do twarzy Stieni i zanuciła miękkim śpiewnym głosem:
-Stienieczkaaa, kiedyyy biegałeś za spódniczką Kławki, to żeś mnieee nieee widziaaał, ha?!
-Walusza! Zaćmienie! Rozumiesz, padło mi na oczy - odparł Stienia wodząc dłońmi przed twarzą.
-A teraz? Przeszło ciii?! - i podniósłszy się gwałtownie Wala powiedziała z irytacją - a teraz wsuwaj pierożki! Kławki pierożki!
-No, Walusza, przecież nie wiedziałem, że babcia nauczyła cię piec takie ... Trzeba było wtedy poczęstować.
-Wala, przynieś dwa kompoty dla niepijących- poprosił Tola.
-Kapuśniak i kasze - jedzenie nasze. Igor Talkow mówi, że dopiero w wieku dziewiętnastu lat dowiedział się, że ziemniaki to dodatek, a nie danie -powiedział z uśmiechem Jasza.
-No już nie mów tak! Była kuchnia i to jeszcze jaka! Pamiętasz rozmowę Ambrożego z Foką? O porcjach sandacza i sielawach w srebrnych kokilkach z szyjkami rakowymi i świerzym kawiorem. O jajkach cocotte z pieczarkowym pure i o filecikach z drozdów -odparł student.

-To u Miszki Bułhakowa? No i gdzie to wszystko dzisiaj? -spytał ze zdziwieniem Stienia patrząc na stół z wczorajszymi pierogami.
-Upadek kultury pociąga za sobą jeszcze inne straty. O kulturze ludzi można sądzić według projektów domów, które sobie budują i jak przygotowują sobie posiłki. Nie na darmo mówi się o sztuce kulinarnej. Bo cóż, kiedy Wala zacznie rzucać mięsem, to jej dzieci nawet pierogów nie będą mogły upiec - odrzekł student.
-Paszka, mąż Lubki, mój sąsiad mówi, że najważniejsze to dostać -cegłę i mieć z czego zrobić dach, bo resztę to pierwszy lepszy dureń zrobi-powiedział Stienia.
-Tak mówi? To poradź Paszce, żeby sąsiadowi wyciął wyrostek robaczkowy. Przecież Paszka kastruje wieprze, to i z tym sobie poradzi.
-To mnie ma wyciąć? Nie odważy się. Zarżnie -odparł zamyślony Stienia.
-Też tak myślę-zarżnie-poparł Stienię student i kontynuował -Domu też nie zbuduje, co najwyżej szopę, w której mieszkać będzie niezręcznie, a dlaczego, tego Paszka też nie będzie wiedział.
-Babka Łuszka takie kiełbasy robi. Stołówkowym daleko do nich. Częstowała, kiedy wnuka Wańkę do wojska żegnała-powiedział z uśmiechem Jasza.
-Gdyby babka stała na rynku, to by całe miasto tam do niej waliło. Nie pójdzie jednak Łuszka na rynek. Kaukazcy nie pozwolą jej handlować-rzekł Stienia.
Wszyscy w milczeniu zgodzili się ze Stienią mając w pamięci niedawną historię, która przydarzyła się Kiriłowi.

Kirił postanowił zająć się biznesem. Podszedł do sprawy bardzo poważnie i z doświadczeniem. Przy pomocy Lusi - bibliotekarki przeczytał nawet jedną zagraniczną broszurę na temat biznesu. I oto ostatnia strona zamknięta.

Autobus zwiózł Kiriła z górskiej przełęczy. U jego stóp ciepłe fale przetaczały drobne krągłe kamienie, szlifując je do ideału i tworząc niepowtarzalne kształty. Kirił wspiął się po krętych górskich ścieżkach, wypił kieliszek za sukces, uścisnął dłoń kontrahenta i po chwili znów siedział przy oknie autobusu pełznącego w górę po wąskiej górskiej drodze wciśniętej w skałę. Daleko, daleko w dole widać było czubki palm, malutkie domki jak dla lalek i przeplatające się w skomplikowanym wzorze nitki ścieżek. I oto już za oknem brzozowe zagajniki, a za kilka minut jazdy w górę - rosły już olbrzymie, jak w tajdze, sosny. A potem znów w dół i w dół do Kabardinki z jej pachnącymi plantacjami herbaty.

-Nie wtykałbyś nosa, Kirił, do nieswoich spraw - powiedział stolarz Fiodor zagryzając wypity kieliszek wódki.
Oblewali właśnie skończoną pracę nad zamówionymi przez Kiriła akwariami dla kwiatów, które pachniały jeszcze świeżo heblowanym drewnem, w które oprawiono szkło.
-Może ty byś mu przynajmniej odradziła - zwrócił się do żony Kiriła stawiając szklankę na stole - bo będziesz składać u mnie zamówienie - i dodał: - Dla ciebie, Kirił.
-Niech go tam! Nie słucha.
-A nie dobrze! Pamiętasz, Kirił, tego prezesa kołchozu, gdzie stoi domek moich rodziców?
-To ten, który nie ujętą w spisie ziemię zaorał dla podniesienia wydajności z wykazanych hektarów?
-Głównie dla premii. Wielkiej premii dla wysoko postawionych pracowników partyjnych. I tak to nieudana próba jego zabójstwa skończyła się udaną awarią samochodu, w której zginął i która przerwała poszukiwania głównych autorów tych knowań. W ich rękachjest także rynek. Tak więc w tych powiązaniach są nie tylko Kaukazcy.

Pierwsze dostarczone róże, które przywiózł z lotniska taksówkarz, w ten zimny i biały od śniegu dzień, oświetlone i ogrzane migocącym światłem świecy, rzucały ruchome cienie na tylną ściankę akwarium.

-Kacok, pracy ne możesz znaleźć?-zapytał niski Gruzin w ogromnej kaukaskiej furażce. Muslim?-zwrócił się do chudego, śniadego mężczyzny w czarnym palcie i w takiej samej ogromnej furażerce-pokaż mu!
Ten wyjął zadrukowaną kartkę zerwaną z tablicy ogłoszeń.
-Czytaj kacok. Nabór do pracy na budowę. A drugi jeszcze lepszy: na budowę komsomolską. Będziesz bohaterem! Ha? Nie chcesz być -bohaterem?! No to do huty. Będziesz dużo zarabiał, wcześniej pójdziesz na emeryturę, która będzie wysoka i będziesz mógł u mnie kupować-.
-A ty, kacok, nie chcesz bohaterem być, dużo zarabiać i u mnie kupować?! - odparł Kirił.
-Jemu nie wolno, choruje, inwalida - powiedział chudzielec.
-A przecież tu napisane: Przyjmujemy inwalidów - powiedział Kirił.
-To jest mój rynek - rzekł ostro niski Gruzin.
-Twój rynek w Cchakaja, kacok - odparował Kirił.
-Mój rynek w Moskwie, w Mińsku, Kijowie i w Cchakaja także mój, wszędzie mój. A ty, Słowianinie głupi, nie pojmujesz tego.

-Kirił, zjednoczenie wysyła mnie w delegację na Węgry - powiedziała żona po przyjściu z pracy. - Grupa wyjeżdża jutro. Ktoś w grupie zachorował i było jedno wolne miejsce.
Po kolacji znów powrócili do rozmowy na temat wycieczki. Dziwnym wydawał się fakt, że tak szybko załatwiono wizę, która zazwyczaj wymagała starannej wielodniowej kontroli prawomyślności nie tylko obywatela wyjeżdżającego poza obręb Związku Radzieckiego, ale także bliższej i dalszej rodziny.

W chwili, kiedy wopista za szklaną przegrodą dokładnie sprawdzał paszporty, porównując enface i profile odbitych w lustrze twarzy przechodzących turystów, w domu Kiriła zadzwoniono do drzwi.
-Fiodor obiecał przyjść wieczorem - przypomniał sobie Kirił i otworzył drzwi...

-Kirił do tej pory w szpitalu - rzekł Jasza.
-Znaleźli tego, kto pobił Kiriła? - zapytał student.
-Błażis na zebraniu partyjnym powiedział: "A my wiemy kto pobił, ale szukać nikt nie będzie. Błazisa skierowali do innej pracy i teraz Toli zwrócą pracownię malarską - powiedział Stienia.
-Nie zwrócą - odparł z przekonaniem student. - Błażis nienawidzi Słowian i wszystkiego co słowiańskie. Błażis chowa pod garniturem obok partyjnej legitymacji komunisty także mundury litewskich faszystów - ojca, dziadka i sąsiadów, którzy służyli Hitlerowi, bo podzielali i spełniali jego ideę zniszczenia innych narodowości, w tym także słowiańskich. Ojciec Błażisa, faszysta, był sądzony przez międzynarodowy trybunał jako zbrodniarz wojenny i odbywał karę w radzieckim obozie koncentracyjnym wraz z Niemcami i Rumunami, odbudowując zniszczoną przez nich samych fabrykę - powiedział student, robiąc milcząca pauzę.
-Mówią, że Błażisa skierowali do Moskwy - dodał Stienia. - Jego dzieci, żyjąc wśród muzeów i teatrów, wyrosną na porządnych i inteligentnych ludzi.
-Tak się nie zdarza, żeby z niczego urodzić się porządnym. Żyć -wśród muzeów i teatrów to tak jakby mieć -książkę, ale mieć -to mało, należy ją przeczytać, co też nie wystarczy - należy zrozumieć -przesłanie zawarte w książce. Poeta Jewtuszenko mówi, że inteligent może się urodzić dopiero w trzecim pokoleniu. Teraz Błażis ma gabinet na drugim piętrze Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a jego okna wychodzą na Plac Smoleński. I właśnie teraz, w tym momencie, Błażis będzie szkodził Brodskiemu, Wysockiemu, a także Toli i Muslimowi, próbując wplątać ich w drakę, a Fiodora pozbawi zarobków i emerytury, czekając chwili, kiedy można będzie wsadzić go do więzienia za to, że walczył przeciwko faszyzmowi - kontynuował student.

Ocknąwszy się z zamyślenia, patrząc na płynącą w szklankę strużkę wódki, Tola zapytał:
-Student, to gdzie ty się uczysz?
Spojrzawszy uważnie na Tolę, student odparł:
-Na uniwersytecie. W Moskwie.

Przy stoliku obok, na skutek wypitej wódki, rozmowa stała się głośna. Przerywając sobie nawzajem dwie osoby próbowały mówić jednocześnie.
-Daj powiedzieć - prosił chłopak z wystającymi kość mi policzkowymi i wąskimi szczelinami mongolskich oczu.
-Czekaj - odparł rudy. - Pierwszy poranek u nas w jednostce. Pada rozkaz: kompania, pobudka! Pluton, wstawać! Drużyna, wstać! Stanęliśmy byle jak w szeregu. Stoimy, a Osetyńczyk śpi. Podbiega do niego sierżant i krzyczy: "Gabijew, pobudka!", a ten przeciągając się pyta: "Gdzie wódka?". "Zbudź się!" drze się sierżant. "A, skuć -się. Chętnie." "Ja ci dam, twoja mać -, skuć się wódką!" wrzeszczy sierżant. "Pobudka!"
-Daj powiedzieć.
-Czekaj. Niech on mi powie. Regulamin wojskowy wkułeś?
-No...? - odparł młody rekrut do wojska, dopiero co wzięty ze szkolnej ławki.
-To powiedz mi co zrobisz, kiedy ktoś będzie podchodził do ciebie stojącego na warcie?
-Stój, będę strzelał!
-Zuch! Ale on, gadzina, mimo to wali na ciebie?!
-Dam w górę dwa strzały ostrzegawcze.
-Oto masz durnia, żółtodzioba! Obowiązkowo wszystkie trzy w takiego, co prze na ciebie.
-Ale to niezgodne z regulaminem. Zwymyślają potem.
-Zwymyślają, ale żywego.
-A u nas, to jeden zachorował na biegunkę, no i oczywiście wszystkich pięć -dziesięciu do okręgowego szpitala wojskowego... kwarantanna i wszystkim środki przeczyszczające...

Strona: [1] [2] | Dalej >>

     
           
  © Copyright 1998-2013 Valentin Efde | Developed by Anisim    
       
     
 

Pracownia projektowa